FELIETONY - z przymrużeniem oka

Poziom bólu – LEVEL EXPERT.

Szybko, szybko! Myjcie zęby i biegniemy do przedszkola – krzyczę do istot leżących na dywanie. Kur…. znowu o trzy minuty za długo piłam kawę. Zarzucam na siebie za ciasne dżinsy (czemu za ciasne – to temat na inny felieton. Felieton o jedzeniu – albo nie – o żarciu na potęgę). Dlaczego wy tak beztrosko siedzicie na dywanie, obładowani tysiącami zabawek? Ruchy, ruchy…. buciki, kurteczki, czapeczki, szaliczki. Wybiegamy z domu. Bo przecież ja nie mogę iść normalnie, ja muszę zawsze biec. Uff… udało się. Dzieci jednak zjedzą śniadanie w przedszkolu. Biegu ciąg dalszy. Ach, jednak dobry dzień. Do pracy też się nie spóźniłam. Superwomen! Fajnie, dziś po południu wracamy prosto do domu. Może nawet jakieś babeczki upiekę z dziećmi – rozpływam się w marzeniach. Dzień mija szybko i bezboleśnie. Nie płacz synku – krzyczę zza kierownicy. Twoje autko z czerwonym paskiem, zielonym kółkiem, fioletowym ludzikiem i żółto-pomarańczowym światełkiem, które dostałeś od kolegi siostry przyjaciela z przedszkola, na pewno jest w domu. Poszukamy, tylko się nie denerwuj – przemawiam do syna jak do bomby zegarowej. Otwieram drzwi od mieszkania, dzieci wbiegają do domu jak do zagrody. Rozbierają się (sukces). Zaczynają szukać autka. Z wielkiego kosza, wyrzucają kolejno zabawki w każdym kształcie i rozmiarze. Trwa to z dwadzieścia minut, po czym następuje zupełne zapomnienie czego szukają i po co właściwie to robią. Siadają na dywanie z książkami. Bawimy się w przedszkole? – pyta córka, brata. Dobra chwila spokoju. Jedyne, co teraz muszę zrobić to ulotnić się po cichu. Ale kuźwa, jak się przedostać przez stertę zabawek? Zamykam oczy, jak żołnierz przed bitwą, koncentruję się i zbieram siłę w sobie. Musisz to zrobić – powtarzam w głowie. Robię pierwszy krok. Auuuu! – klocek Lego Duplo. Łapię się za bolącą stopę. Żeby jednak nie stracić równowagi, robię kolejny krok. Auuu! – zabawka z Kinder Niespodzianki. Patrzę w dół, a ten mały sk…. , tzn. mały plastikowy Smerfik z łukiem w ręku patrzy prosto na mnie. Widzę, że śmieje się ze mnie. Zdaje się mówić – “gdzie nie postawisz stopy, tam będę ja i mój wystający plastikowy harpunik”. Widzicie, oczami wyobraźni jego sarkastyczny uśmiech? Nie poddam się. Nie będzie mnie terroryzował jeden mały kawałek plastiku. Idę dalej. Auuu! – żołnierzyk z tworzywa sztucznego specjalnie położył się na plecach, żebym nadepnęła na jego wystający karabin. Mało tego. Jak Napoleon, utworzył szyk bojowy, żebym przy każdym kroku nadziewała się, na karabin z zielonego plastiku. Kiedy udaje mi się minąć armię Napoleona, ostatkiem sił wpadam na setki kolorowych piłeczek. Tego jest po prostu za dużo. Tracę równowagę – obolała, pokonana padam na twarz. Nosem ląduję w dywanie pełnym okruszków chleba. Otwieram zaćmione oczy, podnoszę lekko głowę. SYNU, SYNECZKU, SYNEK – wołam z wielką radością. On odwraca się od niechcenia. Co, mamo?! – pyta z brakiem zainteresowania. Znalazłam twoje autko z czerwonym paskiem, zielonym kółkiem, fioletowym ludzikiem i żółto-pomarańczowym światełkiem, które dostałeś od kolegi siostry przyjaciela z przedszkola.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.